9 kwietnia, 2020

PROMOCJA TRIATHLONU W RODZINIE – KÓRNIK

Nie tak wyobrażaliśmy sobie wyjazd do Kórnika, nieopodal Poznania. Czwartek, telefon ze żłobka – „państwa syn ma gorączkę, proszę go zabrać do domu i  obserwować”. No i tak obserwowaliśmy go aż do samej niedzieli, czyt. do dnia planowanego wyjazdu. Wizyta u lekarza niczego poważnego nie wykazała, jedynie lekkie zapalenie spojówki oka + standardowo kaszel i katar. Postanowiliśmy jednak nie ryzykować i tym samym odpuścić sobie wspólny wyjazd, wszak zdrowie i Seba najważniejsze. Tym bardziej, że nie był to ostatni wspólny zaplanowany wyjazd choć żal pozostał. Zwłaszcza po tym jak na miejscu zobaczyłem jak bardzo seria zawodów triathlonowych GREATMAN sprzyja rodzinnym występom.

 

Organizatorzy pomyśleli również o najmłodszych i to dosłownie gdyż KAT-0 reprezentowały dzieci w wieku 0-2 lat. Dystans – 50m rowerku (lub jakimkolwiek innym pojazdem 🙂 )+ 25m biegu. Na starcie stanęło około dziesięciu dzieciaczków. Były klasyczne rowerki jak również chodziki a największą furorę sprawiły siostry bliźniaczki które dopiero co uczyły się chodzić 🙂 Dacie wiarę, że na mecie były już po niespełna 7 minutach? Niesamowita dawka radości i rodzinnego ciepła, Rodzice pełni pasji i zaangażowania. Dzieci wybawione no i z medalami na mecie. Na koniec całe mnóstwo atrakcji dla najmłodszych. Czego chcieć więcej 🙂 I właśnie wtedy zrozumiałem jak bardzo brakuje mi mojej rodziny. Wyjazd samemu na zawody to już nie to samo, czułem że indywidualnie przyjechałem tu tylko po to aby wykonać robotę. A ta czekała na mnie na dystansie 1/4 IM

Wiedziałem, że tego dnia wszytko rozstrzygnie się na biegu. Kluczem było odpowiednie nawadnianie dlatego w planach miałem wypicie obu bidonów na rowerze aby bieg zacząć z pełnym bakiem.  Pływanie poszło zgodnie z planem, rower już gorzej. Niestety z planowanej średniej na poziomie 33-35kmh wyszło 32kmh na dystansie 45km. Wiatr był dosyć silny i nie chciałem ryzykować. Oszczędzałem nogi na bieg. Ten zaczął się optymistycznie i pierwsze 2km przyzwyczajam ciało do zmiany dyscypliny i biegnę swoje. Niestety na trzecim kilometrze tracę energie, czuję głód a do jedzenia nie mam już nic. Bardzo szybko odczuwają to moje uda i chwilę po tym pojawiają się pierwsze paraliżujące skurcze, oczywiście w obu na raz. Trasa biegowa liczyła 3 pętle i na całe szczęście po ukończeniu pierwszej trafiam na bufet a tam moim oczom ukazuje się najwspanialszy i najcudowniejszy…banan 🙂 biorę trzy (!)  do ręki, dwa kubki wody i zaczynam ucztę. Anatomia ludzkiego ciała jest niesamowita i nie przestaje mnie zadziwiać gdyż dosłownie po minucie moje ciało znów zalane jest „sportowym paliwem”, skurcze odpuszczają a ja wracam do swojego tempa. Tym samym na mecie melduje się z czasem 02:41:17, co jest moim nowym rekordem życiowym poprawionym o nieco ponad 6min z Bydgoszczy, tego roku.

Przy każdym starcie w zawodach zbieram nowe doświadczenie. Przede wszystkim coraz bardziej poznaję swoje ciało, w zasadzie uczę się go. Pozwala mi to rozsądniej i skuteczniej dbać o swoje zdrowie. To zdumiewające jak bardzo triathlon pobudza u mnie strefę mentalną. Od nienawiści do uwielbienia. W trakcie etapu kolarskiego, gdy wiatr już naprawdę mocno wiał a moja średnia zamiast rosnąć wciąż delikatnie spadała, miałem już dość. Byłem sam, cholernie się męczyłem na trasie i wciąż miałem obawy o moją dyspozycję na biegu. Zastanawiałem się po co to robię. Tego dnia czułem, że triathlon nie sprawia mi przyjemności. Myślami wciąż wracałem do rodzinnego domu i zastanawiałem się co robią Seba i Madzia. I wtedy przyszedł czas na drugą pętle biegu, tuż po tym jak naładowałem się tymi bananami i wodą. Czułem, że wracam do gry. Czułem jak ponownie budzi się we mnie zwierze i z każdym kolejnym kilometrem moja determinacja rośnie. Czułem się wspaniale. Od nienawiści do euforii. Uwielbiam ten triathlon 🙂

 

Michał – 1/4 (MSC 119/272 OPEN, 50/97 KAT M30)
swim: 00:19:18
T1: 00:01:38
bike: 01:26:22
T2: 00:01:13
run: 00:52:46
TOTAL: 02:41:17

fot: własne, Paweł F. Matysiak

Dodaj komentarz